Jestem w Amsterdamie
I AM(in)sterdam
Wpierw były przyjęcia pożegnalne - z jednymi znajomymi, drugimi. Rodziną bliższą, dalszą. Potem zakupy ulubionych polskich produktów i kosmetyków – bo co ukrywać, w Polsce są tańsze – jak choćby nawet nasza rodzima marka Inglot, która w Amsterdamie ma ceny znacznie wyższe, niż w takiej Warszawie.
Potem wielka przeprowadzka i upchanie niemal całego dobytku w postaci niezliczonej ilości pary butów, książek oraz ciuchów do samochodu. Kilka płatnych autostrad i kilka godzin później byliśmy już w Amsterdamie. Byliśmy – bo powód, dla którego zdecydowałam się przeprowadzić do kraju tulipanów jest Holendrem.
Poznaliśmy się we wrocławskim barze w dziwnym zbiegu okoliczności. A może przeznaczeniu? Właśnie skończyłam swój czteroletni związek, straciłam pracę, bo mój szef został aresztowany, a żeby mnie jeszcze dobić, dentysta oznajmił mi, że z moim zębem nic się nie da zrobić i trzeba go usunąć. By ulżyć swym cierpieniom z koleżankami z pracy postanowiłyśmy się tak zwyczajnie po polsku upić.
Poniedziałkowy wieczór. Trzy bezrobotne ruszają na miasto. Jedna z koleżanek miała kilka godzin wcześniej rozmowę o pracę. Z Holendrem. Kosmitą. Zaczęłyśmy żartować na temat Holendrów i tego wieczora jakiś poznać. Szanse raczej na to były marne. Rzuciłam dla żartu nazwę baru. I okazało się, że jakimś cudem siedzieli w nim Holendrzy. Tak się zaczęła nasza historia. Wpierw znajomość na Facebooku, później jego przyjazd do Warszawy, gdyż tam znalazłam nową pracę. Potem wielka miłość i latanie do siebie co dwa tygodnie. Po roku trzeba było powiedzieć dość. Latka lecą, a trzeba sprawdzić, czy życie razem na co dzień nie zabije tej miłości.
Dodaj komentarz